Sprawdź także
Skąd psy to wiedzą?
15/03/2020
Zofia Mrzewińska

Jak nie nagradzam i jak nagradzam psa

Jak nie nagradzam i jak nagradzam psa

Nie zdarzyło mi się jeszcze, abym na jakikolwiek spacer – z własnym, powierzonym lub szkolonym zwierzakiem – wsypywała do kieszeni granulki suchej karmy. Po pierwsze dlatego, że każdy szanujący się producent tego wynalazku informuje nabywców o konieczności rozmoczenia karmy lub zapewnienia psu stałego dostępu do wody. Trochę trudno spełnić te warunki na spacerze – mogę zabierać ze sobą wodę dla psa, ale przecież nie jest nieustannie dostępna!

Drugi powód jest oczywisty – karma, codziennie wsypywana do psiej miski, jest w mniejszym stopniu nagrodą niż na przykład wątrobiane ciasteczko.

Trzeci powód, też istotny, to fakt, że granulki karmy za łatwo wysypują się z dłoni; albo zostawione w trawie na boisku utrudniają pracę innym psom, albo odwracają uwagę mojego zwierzaka od dalszych ćwiczeń. Przecież pies, zwłaszcza młody, który dopiero uczy się komunikacji z człowiekiem, bardziej skoncentruje się na zapachu karmy w trawie niż na zapamiętaniu znaczenia kolejnych dźwięków wydawanych przez przewodnika. No i wreszcie akceptacja zjadania czegokolwiek z ziemi może prowadzić do dramatycznych skutków – nie po to od szczeniaka uczę każdego mojego psa, że jeść można tylko z miski lub z mojej ręki, żeby teraz psuć sobie pracę!

Ciekawe swoją drogą, ile psów uzależnia się nie od współpracy z przewodnikiem, tylko od zapachu karmy w kieszeni czy saszetce!

Niezłą lekcję na ten temat dał mi przygarnięty przed rokiem z azylu niemal całkiem głuchy staruszek Malutek.

Malutek ma doskonały węch, ale słyszy tylko niektóre dźwięki – takie jak ostry gwizd, bliskie szczekanie innego psa i o dziwo – także głośne krakanie gawronów. Oczywiste, że bardzo już zdemenciały psi staruszek, niesamowicie łakomy, nie związany emocjonalnie ze mną, prowadzony jest zawsze na smyczy, chociaż próbuję uwarunkować przywołanie na gwizdek.  Jeśli mam w saszetce parówki, Malutek ogląda się co chwilę i podbiega na każdy dźwięk gwizdka. Wczoraj nie zabrałam parówek do parku, blisko nas nagle podniosło alarm całe stado gawronów. I Malutek z wyraźną nadzieją wystartował w stronę drzewa, na którym siedziały krzykliwe ptaszyska.

Czyli nagradzanie jedzeniem reakcji na dźwięk nie zostało skojarzone ze mną, ale z miejscem, skąd dźwięk dochodzi. Dokładnie tak samo może każdy pies traktować gościa, który przy okazji wspólnego obiadu dokarmia psa przy stole – taki człowiek będzie przez zwierzaka dowartościowany tylko w tej jednej jedynej sytuacji…. Malutkowi obiecałam dożywocie, nie oczekując niczego ze strony psa; gdybym wychowywała go od szczeniaka, starałabym się, aby zawsze na nagłe dźwięki reagował powrotem do mnie, aby to ja była kimś ważniejszym niż miejsce, gdzie można spodziewać się jedzenia.

Swoja drogą – a może wolontariusze w schroniskach, wyprowadzający azylowe słyszące psie nieszczęścia na spacery, zaopatrzyli się w gwizdki i uczyli nagradzanego smakołykiem powrotu na dźwięk gwizdka? Taki sam gwizdek, wydany komuś adoptującemu psa, mógłby jednak na początek ułatwić kontakt ze zwierzęciem.

Podczas szkolenia moich własnych psów naprowadzanie jedzeniem i nagradzanie smakołykami stosowałam tylko okazjonalnie, coraz rzadziej w miarę dorastania psa.

Bardzo szybko wystarczał gest ręki przy naprowadzaniu w ćwiczenie i pochwała zapowiadająca nieregularnie wydawaną nagrodę.

Prowadząc szkolenie dla cudzych psów, często prosiłam przewodników o odłożenie saszetek z nagrodami poza boisko treningowe i bardzo szybko psy wzmacniały koncentrację na właścicielu, nie na saszetce  – przecież to właściciel doprowadzał psa do nagrody….

Nagradzanie intensywnym kontaktem socjalnym ma moim zdaniem sens wobec szczeniaka lub przed dłuższą przerwą w pracy z dorosłym psem – wilki nie przerywają polowania wzajemną wymianą czułości, nie rezygnują z tropienia zdobyczy aby pobawić się w berka z drugim wilkiem.

No to w jaki sposób najczęściej nagradzałam moje psy? Przede wszystkim poświęcając im dużo czasu; najpierw na zabawę ze szczeniakiem, zabawę połączoną z okazjonalnym, nieregularnym podaniem smakołyka. Jak wyglądała taka zabawa? Zajrzyjcie na zamieszczony wcześniej filmik w artykule „Aport na dwa sposoby”

Zabawę przerywałam zanim maluch się zmęczył i powtarzałam wiele razy każdego dnia. Psiego podrostka uczyłam wspólnego polowania – choćby na rękawiczkę. Zanim pies mógł pobiec za aportem albo przyłożyć nos do ziemi, najpierw musiał zareagować na jakiekolwiek polecenie. Właśnie możliwość tropienia, szukania lub pościgu była tą najbardziej pożądaną, naturalną nagrodą za poprzednie siad, waruj, do mnie, noga. Szukanie czegokolwiek o nazwanym lub podanym zapachu stawało się nieodłącznym elementem każdego spaceru – także w miejskim parku obowiązkowo prowadzony na smyczy pies może szukać dwudziestogroszówki upuszczonej na parkowej alejce.

Czy to jest sposób na wyszkolenie psa w stopniu wystarczającym na co dzień i od święta? Na pewno tak.

A czy wystarczy na przygotowanie psa do startu w zawodach sportowych? To zależy w jakich zawodach; obecne regulaminy w wielu konkurencjach wymagają absolutnej perfekcji ruchu, a nie skuteczności w naturalnej dla zwierzęcia pracy. Nie uczę psa, aby podczas ćwiczeń z posłuszeństwa poruszał się niczym żołnierz na defiladzie z okazji jakiejkolwiek rocznicy; to już nie moja bajka.

No cóż, jestem trenerem starej daty, szkolę nie tylko „pozytywnie”, nie zawaham się twardo powstrzymać zwierzaka od wybiegnięcia na jezdnię czy obszczekania rowerzysty. Starczy mi, aby mój pies nie wychodził z ręki podczas trzygodzinnej pracy w szkole z kolejnymi grupami dzieci, nie stwarzał problemów wśród ludzi i potrafił pracować na każdym podanym zapachu. Dlatego nagradzam najpierw zabawą, potem wspólnym polowaniem na zdobycz zastępczą; smakołyki są okazjonalne, a pełna miska zostanie podana w domu.

Udostępnij na:

Więcej z serii: Zofia Mrzewińska - z notatnika trenerki

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
newsletter