Sprawdź także
Czas relaksu… O psich masażach słów kilka
09/05/2020
Agnieszka Czylok

Najważniejszy wyścig, to wyścig o życie każdego psa

Najważniejszy wyścig, to wyścig o życie każdego psa

O sportach, w których liczą się psy, o bikejoringu i klasycznych psich zaprzęgach, a także o greysterach, które żyją pracą u boku człowieka, rozmawiamy z wielokrotnym mistrzem świata – Igorem Traczem.

Na początek klasyczne pytanie… Jak ta pasja się zaczęła?

Przypadkiem! Absolutnie tego nie planowałem… W 2000 roku kupiliśmy z moją dziewczyną, Agnieszką, pierwszego psa rasy husky, nie mając zupełnie pojęcia o psach sportowych, ani o zaprzęgach. Po prostu kupiliśmy go jako towarzysza – psa, który miał spędzać czas z nami w domu. Zauważyłem jednak, że ten pies lubi ruch… Zacząłem z nim biegać, jeździć z nim na rowerze i spędzałem z nim aktywnie każdy dzień. A że w swojej młodości byłem wychowany na łonie natury, rodzice mnie zabierali do leśniczówki, spędzałem wakacje na wsi, zawsze były psy w naszym domu, to i opiekowanie się psem nie było dla mnie niczym nadzwyczajnym. Od czasów szkoły średniej zacząłem uprawiać sport, byłem też w szkole sportowej, więc  te dwa połączenia, sportu i znajomości zwierząt, natury, były dla mnie czymś totalnie prostym i naturalnym.

Mając tego jednego psa, poznałem zupełnie przypadkiem ludzi w Trójmieście, którzy amatorsko uprawiali sport zaprzęgowy. Najpierw chodziłem do nich porozmawiać, posłuchać przy ognisku o ich pasji, zapytać o różne rzeczy, zobaczyć trening… Później chodziłem pomóc przy takim treningu, a następnie pojechałem na pierwsze zawody jako pomocnik, aby za jakiś czas spróbować wystartować w zawodach… Nie minął rok, a my już mieliśmy dwa psy. Po pięciu latach wyprowadziliśmy się na wieś z centrum miasta już z czwórką psów. Nadszedł 2007 rok i wystartowałem na pierwszych mistrzostwach świata. Najpierw dostałem “totalne lanie”. Jednak w 2009 roku wygrywam już mistrzostwa świata w Kanadzie. Takie były więc początki: zupełnie nieplanowane, ale bardzo wciągające…

Jak wygląda więc droga do zostania mistrzem?

To jest droga pełna wyrzeczeń. Droga, która była bardzo trudna i bardzo ciężka na początku. Założyłem sobie, że mam plan, chcę go zrealizować i powiedziałem do siebie: “ja to zrobię!”. Uparłem się.,. Tak, na pewno byłem uparty w tym wszystkim. Kosztowało to wiele. Przed pierwszymi mistrzostwami świata, gdy wybieraliśmy się do Kanady, sprzedaliśmy naszą kawalerkę w centrum Gdańska. W tym czasie mieszkaliśmy w wynajętym domu na wsi, wydzierżawionym, żeby mieć gdzie trzymać psy i aby mieć dla nich wybiegi, miejsce do trenowania. Za pieniądze ze sprzedaży kawalerki kupiliśmy specjalny samochód do transportu psów, więcej sprzętu i to wystarczyło na dwa loty do Kanady z całym zaprzęgiem. Jak już wspomniałem, na pierwszych zawodach w Kanadzie przegrałem. Za drugim razem wracam wygrany z dwoma złotymi medalami.

To wszystko też kosztowało wiele różnych innych wyrzeczeń np. ja w pewnym momencie nie mogłem już pracować zawodowo, bo miałem na głowie treningi, psy, a nie miałem pieniędzy z wyścigów, ze sportu. A wiadomo, że trzeba było się jakoś utrzymywać… Ciężko było na początku się utrzymać, bo praca zawodowa legła w gruzach. Ja w tym czasie prowadziłem firmę alpinistyczną, zajmowałem się alpinistyką szeroko pojętą, wspinaczką, szkoleniami, pracami wysokościowymi. I w pewnym momencie ten biznes zaczął upadać, bo cały czas spędzałem na treningach z psami. Trzeba było wreszcie coś wybrać, bo ani jedno nie wychodziłoby dobrze, ani drugie.

W 2007 roku zacząłem myśleć nad własnym sprzętem do wyścigów zaprzęgowych i tak od 2008 roku zacząłem już sprzedawać sprzęt zaprzęgowy pod swoim nazwiskiem. To pozwoliło mi jednocześnie wygrywać wyścigi, jak i pozyskiwać klientów na swój sprzęt. Później doszły jeszcze szkolenia trenerskie – i dla psów i dla zawodników. Zacząłem więc zarabiać również jako trener w tym sporcie.

A co jest w tym sporcie najtrudniejsze? I co daje największą radość…?

 Na pewno wielką radością są sukcesy. Fakt, że się wygra wyścig… Jednak tak samo się cieszę, kiedy wygram wyścig o życie mojego psa. Jesteśmy z tymi psami związani całe życie i niejednokrotnie walczy się o życie tych psów, gdy chorują na starość. Czasami psy odchodzą śmiercią naturalną, ale czasami walczy się o ich życie miesiącami, albo i latami, gdy dopada psa nowotwór. Cóż, życie z psami trzeba kochać. Bo to jest schemat, który się powtarza. Czysta frajda z samej jazdy zaprzęgiem to kilkanaście, kilkadziesiąt minut dziennie na treningu. Poza tym jest dużo pracy z psami i przy psach w codzienności. Leczenie, różne badania u weterynarza, nieustanna opieka, karmienie, dobieranie odpowiedniej diety, sprzątanie… My obecnie mamy szesnaście psów. Najmłodszy ma cztery miesiące, najstarszy ma piętnaście lat, tak więc przedział wiekowy jest duży.

Każdy z tych psów potrzebuje czegoś innego, nie tylko w żywieniu, w suplementacji, ale również w opiece, jak i w formie aktywności oraz spędzaniu czasu z człowiekiem. To wszystko bardzo lubimy… Jednak są i momenty ciężkie, bo czasami ciężko się z czymś pogodzić, czasami ciężko wstać, człowiek bywa fizycznie zmęczony, ale trzeba z psami pracować, bo one tego potrzebują. Kiedy już zaczęliśmy uprawiać ten sport, to nie możemy zrezygnować.

Skoro mowa o psach, to może jeszcze kilka słów o samych greysterach…

Greystery to mieszanka wyhodowana przez norweżkę, Lenę Boysen-Hillestad, jedną z bardziej utytułowanych zawodniczek na świecie, jeśli chodzi o sport zaprzęgowy. W latach 80-tych skrzyżowała ona pracującego wyżła razem z coursingowym chartem – greyhoundem i to była jej pierwsza linia “pół na pół”, która nie odnosiła jeszcze sukcesów. Potem “domieszała” znowu kolejnego wyżła i osiągając mieszankę, w której krwi jest 25% greyhounda i 75% wyżła doszła do takiego momentu, kiedy zaczęła wygrywać wszystkie zawody w Skandynawii. Wykorzystanie wyżła to nie był nowy pomysł, ponieważ mieszkańcy Skandynawii już na początku XX wieku, w latach 1905-1907, wykorzystywali wyżły niemieckie krótkowłose, z którymi na co dzień polowali, również do wyścigów zaprzęgowych. Już wtedy te psy wiodły prym w Skandynawii, jeśli chodzi o wyścigi, szczególnie z wykorzystaniem tzw. pulki, bo od tego się zaczęło…

Na początku XX wieku, norweski myśliwy jechał na polowanie czasami z jednym, a czasami z czwórką swoich wyżłów i one ciągnęły malutkie saneczki, czyli właśnie pulkę. Na pulkę kładziona była upolowana zwierzyna. Do tych saneczek na lince podpinał się myśliwy z założonymi nartami i w ten sposób udawano się na polowanie i z polowania wracano. W pewnym momencie zaczęto organizować w Norwegii wyścigi z wykorzystaniem takiej pulki – jeden, czy  nawet cztery psy przy takiej pulce, a z tyłu narciarz.

Igor Tracz

Do tej pory jest taka konkurencja skandynawska klasyczna, nazywająca się “pulka”. Te saneczki są teraz wykonywane ze specjalnych tworzyw i włókna węglowego. Mają określoną wagę, dostosowaną do wagi psa. I również ta konkurencja jest bardzo popularna w Skandynawii. W Polsce jest mało popularna – może trzech zawodników uprawia tę dyscyplinę zaprzęgową, co jest takim hołdem wobec tradycji norweskiej, gdzie się rozwinął sport zaprzęgowy.

Czyli… prawie stuletnia tradycja wykorzystania wyżła niemieckiego krótkowłosego w sporcie i łowiectwie zaczęła ewoluować w stronę tego, że te psy, które biegają, nie mają podtrzymywanego instynktu łowieckiego – mają zamieniony instynkt łowiecki na czystą pogoń, na bieganie. W Skandynawii jeszcze się zdarza, że zawodnik ze swoim psem potrafi jednocześnie polować, jak i uprawiać sport zaprzęgowy, ale to jest naprawdę bardzo mały odsetek takich zawodników. Za to na pewno w Skandynawii do dziś używa się jeszcze, i to z sukcesami, wyselekcjonowanych wyżłów niemieckich krótkowłosych – takich rasowych. Szczególnie te, które są szczupłe, wyższe, to radzą sobie świetnie, na równi nawet z klasycznymi greysterami.

Na przestrzeni ostatnich lat greyster też zaczął się zmieniać i obecnie można znaleźć greystery zarówno z domieszką krwi alaskan husky, czy też z domieszką krwi pointera angielskiego lub innych psów myśliwskich. To są psy krzyżowane już na potrzeby indywidualne konkretnego zawodnika.

Psie zaprzęgi to cztery podstawowe dyscypliny, tak…?

Tak, pierwsza to klasyczne psie zaprzęgi. Kiedy nie ma śniegu, odbywają się wyścigi z wykorzystaniem sprzętu kołowego, a kiedy jest śnieg, to wykorzystywane są sanie. Psi zaprzęg to taki team, w którym mamy więcej niż dwa psy – od dwóch psów w górę mówimy już o psim zaprzęgu: 2, 4, 6, 8, a bywa, że nawet więcej. Oprócz tego sa jeszcze dyscypliny indywidualne. Skijoring to dyscyplina, w której startuje narciarz biegowy z jednym psem zaprzęgowym. Kolejną dyscypliną jest bikejoring, czyli kolarz wspomagany przez zaprzęgowego psa. I czwartą dyscypliną jest canicross, w której startuje biegacz i pies zaprzęgowy. To są cztery podstawowe. Mogą się jeszcze dzielić na kategorie, podkategorie, w zależności od organizowanych zawodów czy dystansów, jednak to są cztery podstawowe dyscypliny.

Ja wybrałem dwie dyscypliny z tych wszystkich, po pierwsze dlatego, że nie potrafię jeździć na nartach, a po drugie dlatego, że od  1992 roku siedzę na rowerze, amatorsko uprawiając kolarstwo górskie i szosowe. Rower jest mi bardzo bliski. Jest to i doskonałe narzędzie do trenowania moich psów zaprzęgowych, więc uprawiam bikejoring. Oprócz tego uprawiam klasyczne psie zaprzęgi z wykorzystaniem sprzętu kołowego, czyli wózków trójkołowych lub czterokołowych – oczywiście w okresie śnieżnym, zimowym z wykorzystaniem sań. Wtedy ścigam się najczęściej w teamach z 4 lub 6 psami.

I nieco było już złotych sukcesów…

Siedem złotych medali z mistrzostw świata, na przestrzeni tych kilkunastu ostatnich lat i osiemnaście złotych medali z mistrzostw Europy. Mówię teraz ogólnie o różnych kategoriach, bo raz udało mi się wygrać mistrzostwa świata na saniach, raz na saniach mistrzostwa Europy, trzykrotnie udało się wygrać mistrzostwa świata w bikejoringu (czyli kolarz i pies), wygrałem również trzykrotnie mistrzostwa świata w zaprzęgach z wykorzystaniem sprzętu kołowego w warunkach bezśnieżnych… Także w tych dwóch dyscyplinach, bikejoringu i psich zaprzęgach, już trochę złotych medali się nazbierało.

 A złote rady dla tych, którzy dopiero marzą o takiej przygodzie to…

To taka rada, aby zaczerpnęli jak najwięcej wiedzy na ten temat. Bardzo często jest tak, oczywiście nie zawsze, ale często tak się zdarza, że ludzie się zachwycą tym sportem, a po jakimś czasie się okazuje, że jest trudny, że trzeba tyle czasu poświęcać, tyle się napracować… Pies to nie jest rower, który można dać do garażu, jak nam się znudzi. Zachęcam więc, aby najpierw się zainteresować tym sportem, spróbować, czy to jest to… Jednak absolutnie nie kupować najpierw psa do tego sportu! To jest największy błąd, jaki można zrobić. Ja, niestety, już parę razy w życiu widziałem, jak ludzie się zachłysnęli tym sportem, kupili psa, a po roku lub po dwóch pies wylądował na kanapie, wynudzony, oszalały z bezruchu, z tego, że nagle opiekun przestał z nim pracować, bo mu się w życiu coś pozmieniało…

A nawet widziałem takie sytuacje, że ludzie po prostu sprzedawali swoje psy, bo stwierdzili, że nie chcą już tego sportu uprawiać… A to jest największe ryzyko w tym sporcie, że  “ludziom się odwidzi”, bo psom się nigdy nie odwidzi, im się zawsze chce. Największa, złota rada jest więc taka, aby zaczerpnąć jak najwięcej wiedzy od innych zawodników, zobaczyć to wszystko z bliska, posmakować, wypróbować, pojechać na zawody, treningi, by później móc stwierdzić, czy naprawdę chcemy to robić.

Dziękujemy bardzo za rozmowę!

Zdjęcia: archiwum Igor Tracz / HbyM

Udostępnij na:

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
daniel
daniel
5 miesięcy temu

Niezwykłe pasjonujące informacje. Sam nigdy tym sportem się nie zajmę,ale jako wielki pasjonat psów z olbrzymim zainteresowaniem przeczytałem cały wywiad. A pan Tracz to na prawdę wielki zawodnik i wspaniały człowiek. Moje uznanie

newsletter