Sprawdź także
Przywitaj się ze swoim psem
10/05/2020
Zofia Mrzewińska

Niezapomniane dwa kilo kiełbasy, czyli szkolenie się opłaca!

Zanim opowiem dzisiaj o kiełbasie i smacznie opłacalnym szkoleniu, wrócę raz jeszcze do nauki rewirowania.

Czy nie ma innej, szybszej, mniej męczącej dla nas, łatwiejszej metody niż opisana w tekście „To już prawdziwy rewir”? Oczywiście jest. Starczy wybrać odpowiedni teren, zostawić psa tak, aby nas widział i samemu przebiec ten teren zakosami, pozostawiając w wybranych miejscach przedmioty, które pies powinien znaleźć. A potem wrócić do psa i zachęcać go do szukania tak, aby  poruszał się tymi samymi zakosami, jakimi przedtem biegaliśmy.

Na dołączonym filmiku możecie zobaczyć, jakie to proste. Bardzo proste dla nas, ale nie dla każdego psa.

Młodemu zwierzakowi trudno będzie pozostać na miejscu, gdy właściciel nie tylko porusza się tak dziwacznie, ale i coś odrzuca – pies ten ruch na pewno zauważy. A więc nasze zachowanie pobudza, zachęca psa do działania, a jednocześnie nakazujemy cierpliwe oczekiwanie – to dobre jest dla zwierzaka doskonale już kontrolującego swoje emocje. I od przewodnika wymaga także sporego doświadczenia – nadmierna, chociaż tylko słowna korekta gdy pies przedwcześnie poderwie się za nami, może bardziej wrażliwe zwierzątko zniechęcić do późniejszej pracy. Ryzykujemy też wyrobienie w psie przekonania, że istotny jest także nasz ślad, że należy szukać tylko przedmiotów zostawionych na śladzie bądź blisko śladu, że zapach przewodnika pozostawiony w jakimś terenie jest koniecznym warunkiem rozpoczęcia pracy.

Nie każdy pies w taki sam sposób zapamiętuje przekazywane mu informacje, musimy znać psychikę naszego zwierzaka i wybrać taki sposób szkolenia, aby to psu było łatwiej – nie nam.

Niemal czterdzieści lat temu w ogromnym wtedy parku przy Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie spotykałam się z doktor Hanią, właścicielką młodziutkiego Agara – sznaucera olbrzyma.

Psiak dopiero rozpoczynał edukację niezbędną dla każdego psa w mieście. W przerwach w zajęciach biegał razem z moją dorosłą już Luśką – normalnie zbudowaną i przepełnioną pasją pracy suką owczarka niemieckiego z dawnych NRD-owskich linii użytkowych. (Kto pamięta tamte owczarki, ten westchnie z żalem – trudno dziś o tak zrównoważone, sprawne fizycznie i łatwe w szkoleniu psy!). Doktor Hania, namiętna palaczka, nie rezygnowała z dymka nawet wtedy, gdy bawiłyśmy się z psami na kilkuhektarowej dzikiej łące. Dopiero w domu zorientowała się, że podczas spaceru zgubiła połówkę bezcennego dla niej, bo pamiątkowego skórzanego etui na papierosy – zguba nie była większa od dwóch pudełek zapałek.

Następnego dnia o świcie stanęłyśmy na skraju łąki, zarośniętej zielskiem prawie po kolana. Luśka miała już za sobą egzaminy z pracy węchowej – z szukania rozmaitych przedmiotów także. Powąchała pozostałą połówkę papierośnicy, wbiegła na łąkę i po kwadransie wróciła do nas ze zgubą, ostrożnie trzymaną w zębach.

Doktor Hania wyciągnęła z plecaka sporą paczkę. To wprawdzie był prezent dla Luśki, ale zwierzątko podzieliło się hojnie ze mną. Dwa kilo wiejskiej kiełbasy – w czasach kartkowego mięsa i stania od połowy nocy w długaśnych kolejkach, aby zrealizować te kartki – było niewiarygodnie wspaniałym darem. O suchej karmie czy puszkach z mięsem dla psów nikomu nawet się wtedy nie śniło; do psiej miski trafiały z trudem zdobyte bezkartkowe podroby lub resztki możliwe do odstania w taniej jatce.

Prawdziwą wiejską kiełbasę można było dostać tylko po znajomości, i nie w państwowym sklepie. A swoją drogą – ileż za to dobrych emocji dawała nam wtedy praca ze zwierzakami, emocji nie do przeniesienia w nasze dzisiejsze, tak bardziej wygodne internetowosmartfonowokomputerowe  dni.

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera